ODT – 365

09.11.2018 ODT – 365

365

Autobus z Warszawy do Katowic jechał równym, niezbyt szybkim tempem. Rankiem czwartego września 1976 roku tego typu pojazdy, a tym bardziej drogi, nie nadawały się do stosowania większych prędkości. Torbę i wszystko co potrzebne umieściłem w luku bagażowym i zająłem siedzące miejsce  po prawej stronie przy oknie w czwartym rzędzie. Po kilku minutach do siedzenia obok zbliżył się mężczyzna. Był szczupły, niewielkiego wzrostu, ubrany w jeansy, flanelową kraciastą koszulę i trampki. Trzymaną w ręce torbę i znoszoną kurtkę umieścił na górnej półce. Jego wizerunku dopełniały długie, nieco kręcone, ciemne włosy. Patrzył przyjaźnie, choć przenikliwie a energiczne ruchy sprawiały, że wydawał się jakby nieco większy… Wolne? – zapytał z uśmiechem wskazując miejsce obok mnie. Pewnie że wolne – odpowiedziałem podając mu rękę – Tomek – przedstawiłem się.  Rory – odparł na to. Wiem -odrzekłem i zacząłem się śmiać. Cały autobus wiozący Rory Gallagher Band oraz Budkę Suflera na następny koncert do Katowic wypełnił się nagle swobodą i wesołością. Wszyscy zaczęli niezwykłą, emocjonującą rozmowę i pomimo naszej dalekiej od doskonałości angielszczyzny odnosiło się wrażenie, że każdy wszystko rozumie. Poprzedniego wieczoru w Sali Kongresowej w Warszawie zagraliśmy jeden z najważniejszych i najlepszych koncertów w całej naszej długiej karierze. Przez 40 minut graliśmy muzykę z „Cienia …”, a przez drugie 40 minut bisowaliśmy. Gallagher z zespołem czekając za kulisami na swój występ kibicował nam ile sił… Opowiadał o tym na drugi dzień w trakcie podróży. Wiecie – mówił –  powinienem właściwie być wkurzony, bo stoimy za kulisami z gitarami i czekamy, czekamy, a tam jakaś miejscowa kapele gra, i gra, i gra. Sala nabita do ostatniego miejsca, a my przyglądamy się jak nieznany nam zespół doprowadza do amoku parę tysięcy ludzi. No chłopaki… ale jest siła w tej waszej czwórce i w waszej muzyce – skomentował na koniec. Mijała godzina za godziną. Podróżujący podzielili się na podgrupy. Jedni troszkę przysypiali, inni rozmawiali. Z Ziółą i Romkiem zastanawialiśmy się czy coś zmienić na dzisiejszym Katowickim koncercie. Ale właściwie od razu zgodziliśmy się, że nie ma po co. Rory lekko się ożywił i był ciekaw o czym tak rozprawiamy.  A… koncerty – podjął z ożywieniem temat… W zeszłym roku to dopiero mieliśmy pod górkę – zaczął opowiadać. Wyobraźcie sobie, że zagraliśmy z 50 koncertów. Nie bardzo wiedzieliśmy co teraz powiedzieć. Wiesz Rory – zaczął Krzysiek – 50 koncertów to my gramy w miesiąc i kawałeczek powiedzmy na trasie na Śląsku. Gdzie? -zapytał Irlandczyk. Śląsk, to tak jak u was hrabstwo – pospieszył któryś z nas z wyjaśnieniem. Zdarzył się nam przypadek – zaczęliśmy liczyć jeden przez drugiego –  że zagraliśmy w jednym roku nieco ponad 365.

O fuck, its really rock and roll – skomentował Rory.

Rory Gallagher, to jeden z najwybitniejszych gitarzystów rockowych wszech czasów. Jego talent oraz przyjazny, ciepły stosunek do wszystkich artystów był czymś wyjątkowym. Dwa dni spędzone na scenie i w podróży były dla nas niezwykłą przygodą i bliskim spotkaniem trzeciego stopnia z gwiazdą wielkiego formatu…

Rory zmarł bardzo młodo. Pochowano go w Ballincollig, w hrabstwie Cork w Irlandii. Do dzisiaj jest kochany przez rzesze fanów…

t.