ODT – Andrzejowe w Andrzejki…

30.11.2018 ODT – Andrzejowe w Andrzejki…

Andrzejowe w Andrzejki…

Andrzej uprawiał zawód konferansjera. A był w tym niezwykły. Kongresowa, Spodek, Arena, Angole, Holendrzy, Amerykanie… Niezależnie od miejsca i gwiazdy wysokoprestiżową kropkę nad „i” stawiał dopiero udział Andrzeja. Szpan był dopełniony, jak konferansjerkę prowadził Andrzej. I chociaż wydawało by się, że los dla Andrzeja łaskawszy być nie może, to do historii przeszedł jako ktoś zupełnie inny. Nikt dzisiaj nie pamięta przystojnego faceta z charakterystycznym wąsem, który wspaniale brzmiącym „radiowym” głosem zapowiadał wielkie gwiazdy polskie oraz zagraniczne. Nikt nie pamięta jak ważną w muzycznej branży był postacią i jak bardzo liczyła się jego opinia. To wszystko poszło gdzieś daleko w niebyt, ale Andrzeja zna każdy Polak, niezależnie od wieku, płci, wyglądu, czy wykształcenia. Bo każdy z nas zna „Misia” Stanisława Barei. A Andrzej to ten miły pan z szatni, który wygłasza do nieśmiałego klienta kultową kwestię o tym, że „nie mamy pańskiego płaszcza i co  pan nam zrobi”… Wcześniejsze lata pracy, starań, dbałości o wizerunek pękły, jak bańka mydlana. Historia zapamiętała krótki epizod filmowy i zawiesiła go na najwyższym piedestale, na bardzo, bardzo długo, na zawsze…. Cóż… Życie płata nam takie figle.

Inny Andrzej. Szwejo, nasz akustyk, który fantastycznie nagłośnił tysiące koncertów Budki. Był pracowitym, przyjaznym, lojalnym facetem. Wszyscy go uwielbialiśmy. Lecz pomimo tego  zawsze w pierwszym momencie skojarzy nam się z epizodem który trwał może 15 sekund… A fakty są takie. Za jakieś dwadzieścia minut mamy wejść na scenę w Carnegie Hall. A za trzy dni gramy koncert w Nysie. W domu  kultury. W Polsce. Ale póki co stoimy za kulisami w najbardziej prestiżowej sali świata a napięcie jest takie, że jak eksploduje to cały Manhattan się rozleci w kawałki. Każdy z tym stresem radzi sobie, jak umie. Zaklinamy rzeczywistość na milion sposobów. Minuty płyną a atmosfera gęstnieje. Lipo, Miecio Bąbel, Cug… każdy koncentruje się na swój sposób. Patrzę, korytarzem idzie Szwejo. Matko Jedyna, przecież on skubany powinien być na sali przy mikserze. Roztelepałem się nerwowo jeszcze bardziej. A Szwejko słodko się uśmiechając podchodzi i pyta – Tomaszku, a o której rano namówilibyśmy transport do Nysy?…  I tego nam było trzeba. Andrzeju, byłeś niezwykły i takim cię zapamiętaliśmy.  Jak powszechnie wiadomo za parę minut koncert się odbył i to z niezłym skutkiem…

Andrzej Ziółkowski był gitarzystą nie do skopiowania. Samouk, dziwak, samotnik, obserwator przyrody… Dla nas był Nikiforem gitary. No i pochodził ze Świdnika. A to trochę tak, jak Amerykanin z Detroit, ale to zostawmy na boku, bo wymagałoby to osobnej księgi. Pierwsze dwie płyty w życiu nie byłyby takie bez jego gitary i charakteru. I nikt nigdy tego nie zmieni. Andrzej oprócz gitary kochał wędkowanie. Jak tylko było gdzie, to brał kij, wychodził wieczór, przyłaził rano. Siedzimy sobie z Lipą przy śniadanku w jakimś mazurskim hoteliku. Patrzę, idzie Zióła z wędką i wiadereczkiem. No i jak tam Anyś,… złapałeś coś? Nie – odpowiada – Ale miałem branie. Te trzy słowa do dzisiaj definiują tego wspaniałego muzyka. No i dobrze. Każdy, kto widział „Lot nad kukułczym gniazdem” wie o co chodzi…

Miłej Andrzejkowej nocy…

t