ODT – Chodzi mi o to, aby język giętki…

04.01.2019 ODT – Chodzi mi o to, aby język giętki…

Chodzi mi o to, aby język giętki…

Im głębiej zanurzamy się w tajniki jakiegoś zawodu, tym bardziej zauważamy specyfikę językową stosowaną przez profesjonalistów. Lekarze, prawnicy, ekonomiści, ogrodnicy, piekarze, kolejarze… na poziomie zaawansowanym posługują się językiem nie do końca powszechnie zrozumiałym. Urodziłem się na dworcu kolejowym. Tam też wiele lat mieszkałem wraz z rodziną. Mój ojciec kolejarz często przez okno „instruował” pracowników. Ja to esperanto prawie rozumiałem, ciotce jednak,  jak przyjeżdżała to trzeba było wszystko tłumaczyć. Oczywiście każdy zawodowy slang jest okraszany rzeczownikami powszechnie znanymi, ale to już inna kwestia… Muzycy, a konkretnie kapela Budka Suflera przez ponad cztery dekady ostrego grania też w końcu  porozumiewała się ze sobą, bądź otoczeniem w sposób nieco egzotyczny. I nie mam tu na myśli powszechnie znanych określeń typu: piec, wiosło, kaloryfer, czy baniaki… To każdy wie. Przypomniały mi się dialogi bardziej wysublimowane, niezwykłe w swej prostocie i jakże precyzyjne w swojej treści. Na przykład taki. Siedzimy z Mietkiem w garderobie. Tylko nas dwóch. Reszta rozlokowała się po innych pokoikach. Zagraliśmy już tego dnia dwa koncerty, za dwadzieścia minut trzeci. Jestem złachany jak pies a perspektywa trzeciego koncertu panicznie poszukuje w mojej głowie energii. Siedząc spocony na jakimś paskudnym taborecie gapie się jak kretyn w ścianę pod którą paląc papierosa siedzi Mietek, na którego nawet patrzeć  już ze zmęczenia nie mogę. On na mnie pewnie też. Sterczy skubany, nic nie gada i jara szluga. I tak sobie siedzimy, takie dwie dyskretne, nieruchawe niemowy. Po paru minutach wypowiadam istotny strategiczny wręcz wyraz: Janinka… Na to Miecio w milczeniu zwlókł się, podszedł do mnie, wyciągnął papierosy, poczęstował, podał ognia i dalej milcząc usadził tyłek na swoim taboreciku. Już tłumaczę pełną wypowiedź. Janina Porazińska napisała taką książkę ”Kto mi dał skrzydła”. Skrzydła mają ptaki. Sęp to ptak a sępić to oznacza chcieć coś od kogoś za darmoszkę. W pustej garderobie przed trzecim koncertem jeden szarpidrut od drugiego może chcieć tylko fajurę. Janinka załatwiła wszystko. Po dwudziestu pięciu latach wspólnego z Mieciem grania mieliśmy wypracowaną taką komunikację słowną, że wieloodcinkowy serial opowiadaliśmy sobie za pomocą kilkunastu wyrazów. Ale nasz żargon symboliczno-skojarzeniowy to nic nadzwyczajnego. Zdzichu Janiak do tych bredni dodał jeszcze szybkość wypowiedzi. Siedzimy sobie więc w hoteliku. Po koncercikach. Palimy i zawzięcie mówimy jeden przez drugiego i to dosyć głośno. Zdzichu trzyma w ręce  otwartą butelkę szampana. A wszyscy kłapią paszczami ile wlezie… W końcu poirytowany Zdziś wydał z siebie coś takiego – Prrrrrr, ziiii, prrrrrr, uuuuu… – kierując te dźwięki do obecnego tam również naszego pana akustyka. I wszyscy nagle ucichli. Nasz nagłośnieniowiec z absolutnym zrozumieniem kiwnął głową na tak, wziął od Zdzicha butelkę i spokojnie rozlał do kieliszków. Co to była za akcja – pytamy z Mietkiem. Siedzący obok Romek ze zdziwieniem odparł – A wy co… głucha sekcja, Zdzichu wyraźnie powiedział „…Polej Jurkowi, sobie i mnie i kirzymy”… 

Dobranoc… Beniowski na noc.

t.