ODT – Dzień wilka… czyli rzecz o przekraczaniu granic

27.07.2018 ODT – Dzień wilka… czyli rzecz o przekraczaniu granic

 

Dzień wilka…czyli rzecz o przekraczaniu granic

Jesteśmy przy kontroli odlotów do Budapesztu. Mamy lata osiemdziesiąte, a w narodzie panuje szał handlowo-przemytniczy. Każdy rodak wie co się wywozi od nas aby sprzedać tam, oraz co się przywozi stamtąd aby spieniężyć u nas. My oczywiście lecieliśmy tam grać koncerty. Nasz ówczesny menago (nazwijmy go George) był typem młodego zdobywcy, który sprzedaje,  kupuje i zawsze wychodzi na swoje. Mamy lipiec, upał nie do wytrzymania, a Georgowi ktoś naopowiadał że na Węgrzech to najlepiej idą futra. Futra bracie i tyle. Przyjeżdżamy na Okęcie (to z lat osiemdziesiątych) a nasz menago obładowany futerkiem po dach. No i dawaj prosić każdego o pomoc:

No co wy , przecież jesteśmy jak rodzina, no nie …

Jasne George jesteśmy.

Pierwszy przez bramkę celną przeszedł Andrzej Sidło – gitarzysta. W jednej ręce gitara w drugiej torba z ciuchami. Miał na sobie letnie spodenki i koszulkę z krótkim rękawkiem. Nad całością ubranka górowało ponczo z nutrii w kolorze aparatu słuchowego pamiętające zapewne dni świetności na dworze Katarzyny Wielkiej. Celnik oniemiał, ale zanim doszedł do siebie był już następny nastroszony – Miecio J. Przypadła mu w udziale damska kapota ze sztucznych karakułów o rozmiarze XXL. Miecio pod kapotą miał krótkie spodenki, podkoszulek na ramiączkach a na nogach japonki. Usiłował zachować powagę. Pierwszy celnik zawołał drugiego i obaj patrzyli na nas z niemym zachwytem. A było na co. Następny w korowodzie piżmaków był Zdzicho Janiak. 160 cm wzrostu. Przystrojony w obszerny szynel ze zwierza o bardzo długim włosie doprowadzał wszystkich do paroksyzmów śmiechu. Coraz więcej celników patrzyło już tylko na nas. A było coraz lepiej. Andrzejczak był w kufajce z wiewiórek. Wiewióry byłe szare, a Felek wyglądał jak germańscy patrioci broniący ojczyzny przed Rzymianami. Bąbel człapał w dramatycznie farbowany lisie, Ulka w lamach albo kotach, a Lipo miał na grzbiecie coś co przypominało leniwca i zupełnie niedawno zdechło. Mnie przypadł w udziale kabat z wilka. Kabat był cholernie długi i śmierdzący. I kudły z niego wyłaziły. Co chwila go przydeptywałem i bum … leżę. Wyglądaliśmy jak Mongolska chorda, która na drodze głębokich przemian zapragnęła nagle polecieć samolotem. Celnicy wyli ze śmiechu, a ten głupi George latał dookoła i coś im tłumaczył. Maskarada wreszcie dobiegła końca i cała kolekcja Georga trafiła do depozytu. Spoceni, ale uwolnieni od futerek weszliśmy do samolotu…

George coś tam jednak musiał ukręcić, bo pod koniec trasy pyta mnie:

– Tomek, nie wiesz co się przywozi z Węgier… ???

Wiem George, odpowiadam… dywany. Tylko dywany, chłopie. Dużo i sztuczne…

Ma je skubany do dzisiaj…

t.