ODT – Kawalarze…

25.01.2019 ODT – Kawalarze…

Kawalarze

W życiu kawalarzy jest coś z fantastyki. Niektórzy z nich  codzienną potyczkę z rzeczywistością próbują zastąpić  swoistym poczuciem humoru  kreując, nieraz  nawet śmieszne, etiudy. Czasem jednak te etiudy śmieszne nie są, bo odbywają się kosztem innych lub ich ciężar jest nie do udźwignięcia dla normalnego człowieka. Nasi branżowi kawalarze  zwykle są muzykami ale niekiedy są to techniczni, akustycy, kierowcy, pracownicy agencji impresaryjnych itd. Pamiętam, gdy graliśmy w Holandii w ośrodku dla  psychicznie upośledzonych. Po niezwykłym i emocjonalnym  koncercie były jakieś konkursy dla tych osób, którzy chwilę temu słuchali naszej muzyki. Jeden z naszych promotorów o bardzo ciężkim dowcipie chciał zapytać panią organizator czy nagrodą dla zwycięzcy były elektrowstrząsy. Na szczęście jego angielski był równie marny, co poczucie humoru i bodajże Krzysiek szybciutko wytłumaczył, że kolega właśnie wyraził podziw  dla tego typu pomysłów. Na scenie wdzięcznym obiektem dla kawalarzy są perkusiści. Najstarszy dowcip to mąka w hi-hacie. Wystarczy parę deko między blachy i efekt jest bajeczny. Bębniarz wychodzi na scenę, nabija tempo, zaczyna się granie, a po pierwszym tupnięciu w stopę hi-hatu cała perkusja razem z kaszlącym drumerem jest w pięknych, białych obłokach. Trzeba dużego opanowania żeby grać dalej. Wierzcie mi… Bardzo ładnie też jest zlepić klawiszowcowi parę klawiszy przeźroczystą taśmą klejącą. Pasek przylepia się do pionowej części klawiszy, tak żeby grający nie widział z góry nadchodzącej katastrofy. Wystarczy cztery, pięć klawiszy i efekt jest przecudny. Brzmi tak, że szkliwo z zębów odpada. Bardzo wyrafinowanym dowcipem dla śpiewających jest tzw. zmowa.  Przed koncertem instrumentaliści szybciutko i potajemnie robią nową aranżację dla którejś z piosenek. Im bardziej od czapy, tym lepiej… Kiedyś koniecznie chcieliśmy zrobić „mały żarcik” Krzyśkowi. Trenowaliśmy na trasie ze dwa, trzy dni i na koncercie zagraliśmy mu bez uprzedzenia „Cały mój zgiełk” w swingującym jazzowym rytmie, kompletnie innym tempie, innej tonacji z dynamiką metalowego bandu… A kolega popatrzył na nas, zaśpiewał co było do zaśpiewania i powiedział, że to bardzo w porządku wersja. No cóż… bywa i tak. Ale się nie poddaliśmy. Na zielonym koncercie zagraliśmy Izie spokojną balladę „Tydzień łez” w trash-metalowej wersji. Efekt był nadspodziewany… A nam potem było bardzo przykro i przepraszaliśmy ją na wszystkie sposoby. Później Iza się przyznała, że to fajnie być tak masowo przepraszaną przez bandę facetów. No proszę…  Ale najbardziej inspirujące dla kawalarzy są zwykłe ludzkie słabości. Jeden z kumpli po fachu z bardzo dobrego i znanego bandu miał słabość do: piweczka, balang i kobitek. Niby nic nadzwyczajnego… Na lipcowej nadmorskiej trasie godziny południowe zwykle znajdowały artystę na plaży, na kocyku, w towarzystwie pustych już buteleczek piwka, w stanie błogiego uśpienia. Wtedy pojawiali się dowcipni koledzy i na odpowiednio mocny klej przylepiali mu do owłosionej klaty solidny oraz gruby plaster kiełbasy serdelowej. Potem następowało przebudzenie, a dalsza część tego filmu zwykle była dla widzów o mocnych nerwach. Kumple opowiadali, że nasz bohater kiedyś przysnął na brzuchu, a wersja z serdelową na plecach była podobno jeszcze lepsza… Dużo i długo by opowiadać o kawalarzach: hotelowych, garderobianych, gastronomicznych….  A ja ostatnio miałem sen. Jadę sobie pociągiem na trasie Warszawa – Wiedeń. W przedziale full. Miła pani o jakże znanej mi twarzy odezwała się do  młodzieńca siedzącego naprzeciw –  Pamiętam pana z wykładów na Sorbonie. Ciekawe tezy Pan wygłaszał, przejdźmy proszę do wagonu restauracyjnego. Pragnę wysłuchać pańskich dalszych argumentów. Poszli… Profesorze – odezwał się siedzący przy oknie  mężczyzna, – próbowałem przeprowadzić dowód pańskiej teorii ale to ponad moje siły. To proste młody człowieku – odezwał się siedzący obok mnie siwy staruszek o zawadiackiej fryzurze – ale wyjdźmy na korytarz, nie będziemy nikomu przeszkadzać… Wyszli… Została nas czwórka. Piękna blondynka, jej partner, dziwoląg siedzący od korytarza, no i ja. Piękna blondynka wypomniała swojemu facetowi nudy na zjeździe pisarzy i ten przekupił ją francuskim szampanem restauracyjnym… O mamelko!  Zostałem sam z dziwolągiem. A ten gapi się na mnie i po dłuższej chwili pyta – A ty na jakich blachach grasz???

t.