ODT – Najcudowniejsze futerko świata…

12.10.2018 ODT – Najcudowniejsze futerko świata…

Najcudowniejsze futerko świata…

Zapewniam, to nie będzie poradnik dla zdesperowanych facetów w średnim wieku na temat kontaktów cywilizacji marsjańskiej z wenusjańską. Pod tym przewrotnym tytułem kryje się zachwyt nad zupełnie inną rzeczywistością.

Do Australii dotarliśmy trzykrotnie. Nie czuję się na siłach aby opisać, jak piękny i niezwykły jest to kraj, a jednocześnie kontynent, jak miła i inna jest tamtejsza Polonia i jak wielką przyjemnością jest dla niej grać. Podczas tych trzech pobytów miało miejsce szereg drobnych zdarzeń, etiudek,  które na pewno nie znajdą miejsca w poważnych rozprawach na temat tego kraju. No bo zgubienie przez artystę na powitalnej balandze górnej jedynki być może nie było  wiadomością dnia na pierwszych stronach najważniejszych australijskich gazet, nie mówiono o tym w TV, ani w wiodących stacjach radiowych, ale dla kogoś kto śpiewa, posiadanie kompletnego uzębienia na żywym koncercie jest faktem ważniejszym od zadłużenia niektórych państw wobec reszty świata. Polonijny artysta stomatolog dokonywał cudów, aby po kilkunastu godzinach od tajemniczego zaginięcia zęba nasz kolega mógł śpiewać tak jak naprawdę potrafi. Do dnia dzisiejszego Krzysiek mówi o tym incydencie… Obłęd.

Australijczycy wynaleźli oryginalny materiał z którego szyją wszelkiej maści odzież. Nazywa się on po polsku „Skóra kreta”. Materiał jest faktycznie niezwykły. Szczególnie spodobał mi się płaszcz z tego czegoś. Gadałem o tym płaszczu na tyle często, że Miecio Jurecki, z którym  łaziliśmy po Sydney czy Melbourn, i który tłumaczył mi, że to ciuch nie dla mnie, w końcu nie wytrzymał i mówi:

Po drugiej stronie ulicy jest sklep. Włazimy tam, kup sobie ten płaszcz i w końcu się zamknij.

Wleźliśmy do sklepu. Wziąłem łacha z wieszaka i założyłem. Stanąłem przed lustrem… Ja p***. W długim płaszczu w stylu „Chuck Norris na wczasach”  przy moim wzroście aportującej wiewiórki wyglądałem jak ułan na psie. Panie sprzedawczynie płakały ze śmiechu, ja z resztą też. Miecio rozłożył ręce i rzekł: no i z płaszczykiem będzie spokój. No i był !!! . Na drugi dzień byłem w Narodowym Parku Przyrody. Zobaczyłem tam Diabła Tasmańskiego. Tak pięknego brzydala w życiu  nie widziałem. Wpadłem w zachwyt i potajemnie wypytałem o możliwość posiadania takiego pięknisia. Nie da rady. Trudno, a tak mi się podobał. Australia podczas tych bajecznych pobytów przytulała nas gorąco do swojego serca. Pamiętam pięćdziesięciojednogodzinną podróż Lublin – Adelaide. Pamiętam cudowne wizyty u polonijnej góralki. Pamiętam strusia Emu, który ukradł mi całe jedzenie dla małych kangurów. Zwiał i jeszcze się śmiał. Mam przed oczami naszego wspaniałego gospodarza, organizatora Bogusia i jego miłość do tenisa, i wszystkie koncerty: Adelaide, Perth, Melbourne, Sydney… Przypomniałem sobie też jak Lipo na morskiej wyprawie kutrem rybackim złowił niezwykłą i bardzo drogą rybę.

No i jeszcze jedno. Trzymałem w rękach najmilsze stworzenie jakie bezkarnie można dotknąć, misia koala… Najcudowniejsze futerko świata.

t.