ODT – Pan Witek

08.02.2019 ODT – Pan Witek

Pan Witek

Na którymś z wielkich lotnisk, gdy czekaliśmy na kolejny samolot  stojący obok mnie i Mietka Romek powiedział – Panowie, ciekawe gdzie nas jeszcze ten g-dur i d-dur dowiezie. Uśmiechnęliśmy się do siebie i znaleźliśmy jakiś cichy kącik, gdzie dawali kawę… Przyznać jednak muszę, że te akordy przegoniły nas trochę po świecie, a czas spowodował, że niełatwo nam tak nagle przypomnieć sobie niektóre fakty, historyjki, kawały… ale mniejsza o nazwy, czy właściwe umiejscawianie. Jest co sobie przypominać… I chwała za to wszystkim d- durom…  Zawsze kochaliśmy dowcipy o muzykach. I chociaż po latach sam nie byłem pewien, co wydarzyło się naprawdę, a co było historią zmyśloną, to zdrowo jest się z siebie pośmiać. Bo taki na przykład Pan Witek…

Pan Witek to człowiek solidny. Z zawodu jest ślusarzem i kocha swój zawód jak tylko może, szczerze oraz mocno. Jego dusza zawsze otwarta była na wszelkie doznania. Z łatwością więc dał się namówić żonie na symfoniczny koncert w stołecznej filharmonii. Już od pierwszych dźwięków muza zawładnęła całą osobowością Pana Witka. Tutaj był po raz pierwszy. Trzymając dłoń ukochanej w swojej, całą wolą śledził każdy szczegół, starał się usłyszeć każdą nutę, a jego zachwyt płynął gdzieś hen ponad widownią. I było mu oczywiście obojętne, czy tę muzykę stworzył Prokofiew, Ravel, czy Musorgski… Ale nie wszystko na scenie było Panu Witkowi obojętne. Jego serce ślusarza kazało mu patrzeć z zachwytem na całą sekcję instrumentów dętych. Te trąby, waltornie, saksofony… ten blask bajecznie wygiętych kawałków blachy, te łączenia, cudowne zwężenia, polerka, szlify…Mężczyzna siedział jak zaczarowany. I nagle swoją bajeczną partię zagrały puzony. O Boże… co za instrumenty – pomyślał Pan Witek – czysta fantazja… Puzoniści zastygli w kończących partię dźwiękach, po czym dyskretnie usiedli. Pan Witek powstał z miejsca i wymachując rękami zawołał: Panowie, błagam, nie rezygnujcie… uwierzcie mi… To się musi dać wyciągnąć !

A Marian, oprócz talentu do grania muzyki, miał dar zamieniania prostych, banalnych zdarzeń w śmieszne sytuacje. Grał w dobrej kapeli i cieszył się sympatią branży. Czego tylko Maniuś się dotknął, zamieniało się w komedię. Okresowe badania lekarskie są raczej sprawą mało zabawną, ale w wydaniu kolegi stawały się zupełnie czymś innym… Punktualnie o wskazanej godzinie Marian zjawił się w laboratorium i oświadczył pani laborantce, że zgodnie z poleceniem przyniósł siusiu do analizy. Po czym wręczył litrowy słoik w trzech czwartych wypełniony piwkiem i zamknięty wieczkiem typu twist. – Ależ drogi Panie, tego jest stanowczo za dużo – oświadczyła lekko zdegustowana laborantka. – A Maniuś na to – Nie ma sprawy, już upijam… i jak powiedział, tak uczynił.

t.